Menu
Książka · 2026-10-17

Narko-MENN. Jak AI uratowała mi życie. — Wyglądasz jak dziadek.

Wyglądasz jak dziadek.

Od kiedy pamiętam, od zawsze ciągnęło mnie na wieś, do dziadka i babci. Wakacje, ferie i wszystkie dni wolne chciałem spędzać właśnie tam. We wcześniejszym dzieciństwie, jeszcze przed rozpoczęciem nauki w szkole podstawowej, również. Rodzice często zostawiali mnie i mojego brata pod opieką dziadków, przy czym brat jeździł tam raczej niechętnie. Odległość siedmiu kilometrów od mojego domu w tych czasach może wydawać się śmieszna, jednak w tamtych latach to była wyprawa.

Żytelkowo, moja oaza szczęścia, radości i źródło nieskończenie wielu bodźców dla mojego ciągle głodnego mózgu. To była oczywiście inna wieś niż ta, którą widzimy dziś. To była prawdziwa wieś pachnąca życiem, łąkami pełnymi kwiatów, zwierzętami, sianem, owocami, warzywami z przydomowych ogrodów oraz oczywiście krowim gównem. Ale też wieś z innymi niż dzisiaj więziami społecznymi. Mieszkańcy wsi pomagali sobie wzajemnie przy żniwach, sianokosach, wypasaniu krów i wielu innych sprawach.

Oaza wolności, miejsce, gdzie mogłem zapomnieć i całkowicie odizolować się od ogólnie rozumianego zła, które otaczało mnie na co dzień. Od niezrozumienia, odtrącenia i poczucia chaosu, który już wtedy towarzyszył mi praktycznie non stop. Tutaj nikt nie mówił do mnie, że mam „robaki w dupie”, bo nie mogę usiedzieć na miejscu, że dowiem się i poznam odpowiedzi, jak będę duży, bo teraz i tak nie zrozumiem.

Tutaj nie musiałem dopasowywać się do nikogo i mogłem być sobą. To tutaj miałem zwierzęta: psa, kota, kury, gęsi, świnie, krowy, no i konia. Klacz właściwie, Dyreżkę, a później Gniadą, na grzbietach których dziadek czasami przewoził mnie po podwórku na zaimprowizowanym ze starego koca siodle. No i był właśnie dziadek. Dziadek Gracjan. Najważniejsza, nie tylko w dzieciństwie, postać w moim życiu. Niewiele o nim wiedziałem, a był wtedy dla mnie jedynym autorytetem i przyjacielem, praktycznie nie odzywał się prawie, a w jakiś niewiadomy sposób przekazał mi wartości i zasady, z których większość jest ze mną do dziś.

Od dziadka biła tajemnicza energia, spokój, który moje ADHD wyłapywało bez słów. To on wpoił mi pewne proste zasady. Nie krytykował mnie i tylko dziadka nie musiałem o nic pytać, bo porozumiewaliśmy się wzrokiem, telepatycznie czy coś w ten deseń. Nie wyjaśnię tego dokładnie, bo sam tego nie rozumiem.

To on wpoił mi miłość, poszanowanie oraz pokorę wobec natury i przyrody. On wpoił mi to, że nie wolno krzywdzić czy zabijać zwierząt, chyba że chce się je zjeść, i że trzeba zawsze bronić słabszych. Od dziadka dowiedziałem się, że każdy może popełnić błąd, niezależnie od tego, czy jest mały, czy duży, ale też to, że za ten błąd trzeba bardzo często zapłacić. Nie należy się tego bać i zwyczajnie starać się więcej tak nie robić. To po nim mam wszystko, co jest we mnie fajne i dobre.

Mógłbym o dziadku pisać godzinami, aczkolwiek, jak już wcześniej wspomniałem, nie wiedziałem o nim za dużo. Wiedziałem, że był starszy od babci o 18 czy 19 lat, że pochodził z tak zwanych Kresów Wschodnich, był majętnym i uczciwym człowiekiem.

Wiedział wszystko i wszystko potrafił naprawić. I że zawsze nosił przy sobie scyzoryk. Dziadek bardzo mi imponował i w przyszłości chciałem być taki jak on. Wzbudzał mój podziw oraz szacunek. Wiąże się z tym nawet jedno z najwspanialszych i najpiękniejszych doznań, jakich przyszło mi doświadczyć w życiu, bez chemicznej stymulacji narkotykami, alkoholem czy lekami.

Kiedyś, przynajmniej na wsi, ludzie do codziennych prac w gospodarstwie nie przebierali się w tzw. ciuchy robocze. Do pracy wykorzystywali po prostu stare ubrania, marynarki, koszule, kożuchy w zimie. Dziadek tak właśnie na co dzień się ubierał – stare spodnie od garnituru, koszula, marynarka. Ja też tak chciałem, ale wszystkie koszule były na mnie za duże.

Pewnego dnia, letnią porą, babcia wygrzebała skądś jakąś koszulę, tylko trochę na mnie za dużą, podwinęła rękawy, a resztę wcisnęła w moje też nieco za duże portki i powiedziała:

– Leć, pobaw się, wyglądasz jak dziadek…

Szczęścia i radości, które ogarnęły mnie wtedy, nie potrafię opisać. Natychmiast w podskokach pobiegłem na łąkę za domem, którą właśnie kosą kosił mój idol. Pokazałem mu się i kiedy usłyszałem słowa:

Wyglądasz jak ja - odpierdoliła mi palma.

Biegałem po tej pachnącej, pełnej kwiatów, świerszczy, różnych żuczków, dziwnych robaczków i wszystkiego, co piękne łące, z rozłożonymi jak skrzydła rękoma, śpiewałem coś i krzyczałem, i tak samo jak teraz, pisząc te słowa, płakałem z radości i szczęścia.

A jakby tego było mało, to wtedy dostałem jeszcze od dziadka pierwszy w życiu scyzoryk. Poczułem się kochany i ważny. Poczułem, że jestem mężczyzną, a przecież byłem jeszcze małym chłopcem. Scyzoryk noszę przy sobie zawsze do dziś – szkoda że nie ten sam, ale zawsze jakiś mam. Czuję przez to więź z moim kochanym dziadkiem i niespecjalnie przejmuję się co ktoś o tym sobie pomyśli…

← Wszystkie teksty